395px

Jolka, Jolka, ¿te acuerdas?

Budka Suflera

Jolka, Jolka Pamiętasz

Jolka, Jolka, pamiętasz lato ze snu
Gdy pisałaś: Tak mi źle
Urwij się choćby zaraz
Coś ze mną zrób
Nie zostawiaj tu samej, o nie
Żebrząc wciąż o benzynę
Gnałem przez noc
Silnik rzęził ostatkiem sił
Aby być znowu w Tobie
Śmiać się i kląć
Wszystko było tak proste w te dni
Dziecko spało za ścianą
Czujne jak ptak
Niechaj Bóg wyprostuje mu sny!
Powiedziałaś, że nigdy, że nigdy aż tak
Słodkie były, jak krew Twoje łzy

Emigrowałem z objęć Twych nad ranem
Dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem
Dane nam było, słońca zaćmienie
Następne będzie, może za sto lat

Plażą szły zakonnice, a słońce w dół
Wciąż spadało nie mogło spaść
Mąż tam w świecie za funtem, odkładał funt
Na Toyotę przepiękną, aż strach
Mąż Twój wielbił porządek i pełne szkło
Narzeczoną miał kiedyś, jak sen
Z autobusem Arabów zdradziła go
Nigdy nie był już sobą, o nie

Emigrowałem z ramion Twych nad ranem
Dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem
Dane nam było, słońca zaćmienie
Następne będzie, może za sto lat

W wielkiej żyliśmy wannie i rzadko tak
Wypełzaliśmy na suchy ląd
Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas
Meta była o dwa kroki stąd
Nie wiem ciągle dlaczego zaczęło się tak
Czemu zgasło też nie wie nikt
Są wciąż różne koło mnie, nie budzę się sam
Ale nic nie jest proste w te dni

Jolka, Jolka, ¿te acuerdas?

Jolka, Jolka, ¿te acuerdas del verano de los sueños?
Cuando escribías: Me siento tan mal
Escápate aunque sea ahora
Haz algo conmigo
No me dejes aquí sola, oh no
Pidiendo siempre gasolina
Corrí toda la noche
El motor gruñía con lo último de sus fuerzas
Para estar de nuevo en ti
Reír y maldecir
Todo era tan simple en esos días
El niño dormía tras la pared
Alerta como un pájaro
¡Que Dios enderece sus sueños!
Dijiste que nunca, que nunca así
Dulces eran, como tu sangre, tus lágrimas

Emigré de tus brazos al amanecer
El día me echaba, de noche volvía
Nos fue dado, un eclipse de sol
El próximo será, tal vez en cien años

Por la playa iban monjas, y el sol bajaba
Seguía cayendo, no podía caer
Tu esposo en el mundo por una libra, ahorraba una libra
Para una hermosa Toyota, da miedo
Tu esposo adoraba el orden y el vaso lleno
Tenía una prometida alguna vez, como un sueño
Con un autobús de árabes lo traicionó
Nunca volvió a ser él mismo, oh no

Emigré de tus brazos al amanecer
El día me echaba, de noche volvía
Nos fue dado, un eclipse de sol
El próximo será, tal vez en cien años

Vivíamos en una gran bañera y rara vez así
Salíamos a tierra firme
La bruja del licor bailaba en nosotros
La meta estaba a dos pasos de aquí
No sé aún por qué comenzó así
Por qué se apagó, tampoco lo sabe nadie
Sigo rodeado de diferentes, no me despierto solo
Pero nada es simple en estos días

Escrita por: Marek Dutkiewicz