395px

1980

O.S.T.R.

1980

Urodziłem się półtora roku przed wojennym stanem,
Łódź, Przyrodnicza, szósta czterdzieści nad ranem.
15 maj, mamie zmienił świat cały odtąd,
wiesz, w mojej rodzinie to był czas dany emocjom.
Płacz, pieluch swąd, głos to pierwsze urodziny,
Brat zamiast Duplo w kołysce miałem winyl.
Nie pamiętam tej chwili, widziałem ją na zdjęciach,
teraz sam nie dowierzam, że już wosk miałem w rękach.
Mając rok, kilka dni, zero pojęcia o bitach,
wyrosłem na jazzie, a nie porcjach Bebika.
Nie zastąpisz mi dzisiaj tej muzyki tak myślę,
Miałem dwa lata, już znałem styki w Unitrze,
skończyłem trzy, dostałem skrzypce i tyle z dzieciństwa.
Gdy zabili Popiełuszkę, ja ćwiczyłem na skrzypcach.
Matki modlitwa, miałem pięć lat około,
gdy w naszym domu ojciec dostał wpierdol od ZOMO.
Ta krew to wiadomość, jaka w świecie ironia,
rok później takie wpierdol ja dostałem od ojca.
To wychowania forma? Nie, raczej promile,
choć ważne, że skuteczne, dumny jestem jak żyję.

To dla moich przyjaciół, ludzi niezapomnianych,
za te wszystkie potłuczone szyby naszymi pięściami.
Siedem lat z gówniarzami, a bywa los okrutny,
siedem pięter, tyle dzieli ten blok od trumny.
I widziałem te sekundy, martwą głowę pod klatką,
do dziś, jeśli mogę, nie wychodzę na balkon.
Ja się boję, bo znam to uderzenie w glebę,
co rok skacze ktoś, kto nie jest siebie pewien.
Stuknęło lat dziewięć i mnie też to dopadło,
gdy pijany stary na złość chciał poderżnąć mi gardło.
Nie wiedziałem, że to alko plus psychotropy
i tak na prawdę ojciec miał serdecznie życia dosyć.
Miałem dwanaście lat zapisałem się na kosza,
już na drugim treningu to wynieśli mnie na noszach.
Chociaż rap mnie pokochał przeszło dwa lata temu,
w swoich pierwszych Jordanach chciałem latać ku niebu.
Potem baka, nic nie mów, rodzice po rozwodzie,
już inaczej wyglądały te ulice na co dzień.
Łódź moim domem, kocham ją jak rodzinę,
to ten świat mnie wychował, dumny jestem jak żyję!

1980

Nací un año y medio antes del estado de guerra,
Łódź, Przyrodnicza, seis cuarenta de la mañana.
15 de mayo, mi mamá cambió todo desde entonces,
sabes, en mi familia era el momento dado a las emociones.
Llanto, pañales con comezón, mi voz en mi primer cumpleaños,
En lugar de Duplo, tenía vinilos en la cuna.
No recuerdo ese momento, lo vi en fotos,
ahora no puedo creer que ya tenía cera en mis manos.
Con un año y unos días, sin idea de ritmos,
crecí con jazz, no con porciones de Bebika.
Hoy no puedes reemplazarme esa música, así lo pienso,
tenía dos años, ya conocía los contactos en Unitra,
cumplí tres, me dieron un violín y eso fue mi infancia.
Cuando mataron a Popiełuszko, yo practicaba con el violín.
La oración de mi madre, tenía unos cinco años,
cuando en nuestra casa mi padre recibió una paliza de ZOMO.
Esa sangre es conocida, qué ironía en el mundo,
un año después, recibí una paliza similar de mi padre.
¿Es esta la forma de educar? No, más bien promiles,
aunque importante, efectivo, orgulloso de cómo vivo.

Para mis amigos, personas inolvidables,
por todas las ventanas rotas con nuestros puños.
Siete años con los mocosos, a veces el destino es cruel,
siete pisos, eso es lo que separa este bloque del ataúd.
Y vi esos segundos, una cabeza muerta bajo la escalera,
hasta hoy, si pudiera, no saldría al balcón.
Tengo miedo, porque conozco ese golpe en el suelo,
cada año alguien salta, alguien que no está seguro de sí mismo.
Cumplí nueve años y eso me alcanzó,
cuando mi padre borracho quería arrancarme la garganta por venganza.
No sabía que era alcohol más psicotrópicos,
y realmente mi padre estaba harto de la vida.
Tenía doce años, me inscribí en baloncesto,
ya en el segundo entrenamiento me sacaron en camilla.
Aunque el rap me abrazó hace más de dos años,
con mis primeros Jordans quería volar hacia el cielo.
Luego silencio, no digas nada, padres divorciados,
ya las calles se veían de manera diferente cada día.
Łódź es mi hogar, la amo como a mi familia,
es este mundo el que me crió, ¡orgulloso de cómo vivo!

Escrita por: Adam Ostrowski